Wycieczka kl. 3d do Trójmiasta

Był ciemny, ponury i wilgotny dzień. Wszyscy wokół mieli serdecznie dość deszczu, szkoły i czekających na nich trudnych wyborów. Nadchodzące dni miały być wybawieniem od szarej rzeczywistości i ponurej rutyny.  Latarnią morską dla strudzonych żeglarzy. Lecz aura jasno dawała nam do zrozumienia, że nie jest po naszej stronie. Nic nie zwiastowało, że nadchodzące dni będą przyjemniejsze pod tym względem. Pomimo tego znaleźli się dzielni śmiałkowie, którzy nadal mieli siłę na wyprawę w nieznane. Na placu boju stawiło się 24 uczniów i dwie dzielne panie nauczycielki (p.M.Gawrych i p. M.Chawziuk). Punktualnie o 7.00, przy akompaniamencie pożegnań rodziców i strug deszczu bijących o szyby, 3d wyruszyła na wycieczkę do Trójmiasta.

Droga upłynęła nam niezwykle spokojnie i bez większych zakłóceń. Oczywiście jeśli za spokój przyjmiemy głośną muzykę, krzyki i wrzaski szesnastolatków. Co chwila ktoś wybuchał gromkim śmiechem, pytał kiedy postój lub próbował wywinąć jakiś numer. Po 7 godzinach jazdy, przerywanych jedynie krótkimi postojami na gimnastykę lub  wycieczki do łazienki, w końcu dotarliśmy do pierwszego punktu naszej wycieczki. Akwarium Gdyńskie powitało nas zimnym deszczem i zapachem chloru. Skłamałabym gdybym powiedziała, ze byliśmy cichymi i pojętnymi obserwatorami morskiej fauny i flory. Lecz bez cienia skruchy mogę powiedzieć, że mimo wszystko zapamiętaliśmy to i owo. Godzinne zwiedzanie zaowocowało wskazywaniem turystom Helu, szukaniem nemo, dori oraz łazienki. Na potrzeby quizu w autokarze zebraliśmy też wiele informacji na temat rzadkich gatunków rybek, węgorzy oraz żółwi. Po tej jakże pouczającym ziwedzaniu mieliśmy okazje podziwiać m.in. Dar Pomorza oraz okręt wojeny Błyskawicę  zacumowane przy brzegu. Następnym punktem programu było zakwaterowanie w hotelu. W sumie był to raczej ośrodek (przy kościele) ale kto by tam narzekał skoro kuchnia była iście babcina, a łóżka, które akurat nie łamały kręgosłupa były naprawdę wygodne.  Ściany nie wygłuszały absolutnie nic, wiec doskonale się wszyscy słyszeliśmy. Dzień zakończyliśmy przyjemnym akcentem w postaci wesołej wyprawy do Tesco.

Dzień 2 rozpoczęliśmy od dzwonów kościelnych o godz. 6 rano i porannych biegów po ośrodku. Biegali  ci którzy zaspali, a o 6 budzili się ci którzy nie umyli się wieczorem.  Ze śpiochami w oczach, pełnymi brzuszkami  i wspomnieniami ciepłej kołderki rozpoczęliśmy zwiedzanie Gdańska. Pierwszy przystanek Europejskie Centrum Solidarności. Zajęcia w postaci wykładu zaciekawiły nawet największych maruderów (którzy usilnie próbowali spać pod ścianą). Dowiedzieliśmy się dużo na temat początków Solidarności i o całej historii strajków w Stoczni Gdańskiej. Cały budynek w którym mieści się min. biblioteka, sale konferencyjne (w jednej gościliśmy my), taras widokowy (widok był cudowny) i muzeum (bardzo dobrze oddające klimat całej historii) wywarł na nas ogromne wrażenie. Każda ściana jest pochylona o dokładnie 6 stopni, a wnętrze jest zaprojektowane na kształt ogrodu zimowego.  Wychodząc zahaczyliśmy jeszcze o salę w której były podpisywane ugody pomiędzy stoczniowcami, a  władzami stoczni. Zobaczyliśmy wielką makietę całego obiektu, spróbowaliśmy sił perswazji na mównicy, zostawiliśmy po sobie ślad w księdze pamiątkowej i spróbowaliśmy oryginalnej oranżady PRL-ki (pychota). Po późniejszym naładowaniu baterii w centrum handlowym i wydaniu nieprzyzwoitych pieniędzy na jedzenie wyruszyliśmy poprzez Stare Miasto na Główne Miasto. Nasza niezastąpiona  p. Chawziuk doskonale sprawdziła się w roli przewodnika i w ciekawy, a co najważniejsze krótki sposób przybliżyła nam historie mijanych zabytków. Przy fontannie Posejdona zostaliśmy podzieleni na grupy i rozpoczęła się gra francuska, lepiej znana jako miejska. Każda ekipa miała za zadanie odpowiedzieć na 3 pytania z karteczki i dla pewności że wszystkiego nie wygooglowaliśmy, zrobić sobie zdjęcie przy danych obiektach. Z potem czoła i zapartym tchem staraliśmy sie wykonać arcy trudne zadania. Niektórzy polegli, ale czymże jest wojna o nagrody bez ofiar? Ci, którzy podołali wyzwaniu rozproszyli się po ul. Długiej niczym Rosja na mapie. Zrobiliśmy duże zakupy w najstarszej manufakturze słodyczy CIUCIU w Polsce, zjedliśmy gofry w kafejce, próbowaliśmy wdrapać sie na wieże widokową (była zamknięta) i urządzaliśmy biegi na krótkim dystansie. Po upływie wyznaczonego czasu ,zmęczeni, ze szczuplejszymi portfelami, łapiąc promienie upragnionego słońca wróciliśmy do ośrodka. Po pysznym obiadku przyszedł czas na rozdanie nagród za mordercze zadania. Z magnesami w łapkach i sosem z obiadu na koszulkach wróciliśmy do pokoi. I znowu nie obyło sie bez śmiechów, muzyki i ... Jak już wspominałam byliśmy wyjątkowo grzeczni.

Dzień trzeci rozpoczęliśmy tym samym schematem... Ok. godz. 9 nasza gromadka z wyraźnymi znakami zmęczenia pod oczami wtoczyła się do autokaru, żeby chwilę potem wytoczyć się z niego pod stadionem Energii w Gdańsku. Rozbudziliśmy się dopiero przy wchodzeniu na najwyższy punkt stadionu. Malował się tam przed nami przepiękny widok 49 tys. krzesełek i świeżono skoszonej murawy. Co odważniejszy podśpiewywali piosenki Pogoni Szczecin, a fanatycy kopaniny zwanej piłką nożną chłonęli każde słowo przewodnika. Zwiedziliśmy loże vipowską, restauracje stadionową, szatnie gospodarzy i muzeum Lechii Gdańsk. Stamtąd pojechaliśmy do parku położonego w pobliżu pocysterskiego pałcu w Oliwie i do najdłuższego kościoła w Polsce - katedry oliwskiej. Wysłuchaliśmy tam koncertu organowego i szczerze przyznam, że nawet jeśli ktoś chciał spać to cudowna muzyka płynąca z organów nie dawała na to żadnej szansy. Przebudzeni już do końca ruszyliśmy na punkt widokowy Pachołek. Naszym wielkim błędem był bieg w początkowej fazie wspinaczki.  Silniejsi delikwenci dzielnie wdrapali na sam szczyt góry, a potem jeszcze na 15 metrową, metalową konstrukcję. Inni maruderzy, który nie mieli tyle krzepy w nogach zostawili płuca w połowie wspinaczki, a serducho próbowało im wyskoczyć na ostatniej prostej. I tym razem zostawiliśmy na górze kilka ofiar, lecz zdecydowanie było to warte, ponieważ widok który roztaczał się z punktu widokowego był obłędny. Mieliśmy całe Trójmiasto jak na dłoni, a morze było tak blisko, że wydawało nam się, że jest zaledwie na wyciągnięcie ręki. Gdy schodziliśmy na dół złapał nas deszczyk, więc do autokaru wpadliśmy zmarznięci i mokrzy jak kury. Szczerze to nikomu nie uśmiechały się harce na sopckim ,,Monciaku'' ale puste żołądki dawały o sobie znać więc bez słowa protestu pognaliśmy na poszukiwanie jedzenia. Kiedy byliśmy już pełni i uśmiechnięci ruszyliśmy na podbój najdłuższego molo nad morzem Bałtyckim. Było nas blisko 10 osób (nie wszyscy mieli ochotę na kilometrowa wyprawę) ale zabawa była świetna. Śmialiśmy się, robiliśmy zdjęcia i chłonęliśmy przebłyski ładnej pogody. Do ośrodka wpadliśmy zadowoleni i rozgadani jak zwykle. Na kolacji w naszych głowach roiły sie szatańskie plany na zieloną noc (ale o tym to już tylko wtajemniczeni wiedzą... )

Dzień czwarty i ostatni przyniósł nam szarawą pogodę i szukanie ostatnich drobiazgów pod łóżkami. Po szybkim śniadanku wskoczyliśmy do autokaru i na wpół przytomni po nocnych eskapadach pognaliśmy do Gdyńskiego Centrum Nauki Experyment. Było wręcz cudownie!! Robiliśmy wiele ciekawych doświadczeń, mieliśmy okazję zbadać od środka budowę serca, przejechać się na wózku inwalidzkim, dowiedzieć się jak będziemy wyglądać za 50 lat i wiele innych świetnych eksperymentów.  Po dwóch godzinach niczym nieskrępowanej zabawy i szybkim zakupie ostatnich pamiątek nastał czas powrotu do domu. Wszyscy zgodnie przyznali, że była to bardzo udana wycieczka, nie było zbędnego gadania, ani chodzenia w nudne miejsca. Mieliśmy mnóstwo czasu dla siebie samych i była to doskonała okazja na podładowanie baterii po testach.

Relacjonowała: Natalia Bartosz 3d